Książe i Luna

— Gdzie spędzisz wieczność? — Nie wiem. Może w piasku mgławic. Spektakl dedykuję Janowi Szurmiejowi.

— Gdzie spędzisz wieczność?
— Nie wiem. Może w piasku mgławic.

Spektakl dedykuję Janowi Szurmiejowi.

O spektaklu

Kiedy w 2012 roku Jacek Pechman zaproponował mi stworzenie spektaklu zbudowanego ze słów Herberta, z pokorą i lękiem, ale też z ogromnym entuzjazmem przystąpiłem do pracy. Powstało wtedy „Ostatnie tango z Herbertem” — autorski i bardzo osobisty monodram.

Spektakl ważny, ponieważ to właśnie nim, po siedmiu latach przerwy, powróciłem na scenę. Gram go od tamtej pory na scenach w Polsce i poza jej granicami — między innymi w Wilnie i Wiedniu — i powiem nieskromnie, że jest to przedstawienie istotne.

Uznałem więc, że tym udanym eksperymentem zakończę swoją sceniczną przygodę z Herbertem. Wydawało mi się, że więcej nie da się już z jego poezji wydobyć na scenie.

Minęło jednak dwanaście lat i ponownie Jacek Pechman, wiernie kroczący obok swojej żony Kasi — pomysłodawczyni i animatorki Herbertiady — zaproponował mi stworzenie kolejnego przedstawienia „z Herberta”.

Pewnie pozostałbym wierny swojemu postanowieniu, gdyby nie dwa zarzucone na mnie haczyki. Po pierwsze — była to XXV Herbertiada, a więc zaszczyt, którego trudno odmówić. Po drugie — pojawiło się pytanie: czy rzeczywiście nie da się stworzyć niczego więcej? I przede wszystkim: czy potrafię zrobić to tak, aby całkowicie odciąć się od pierwszego przedstawienia?

Za tymi pytaniami kryła się długa praca nad doborem tekstów, konstrukcją ról i scenicznym językiem. Jej efektem jest przedstawienie „Książę i Luna”.

O ile w pierwszym spektaklu bohater ucieka od świata „rumianego jak rzeźnia o poranku” na wysypisko życia, o tyle w drugim Książę właśnie ten świat reprezentuje i sam stanowi jego część.

Zatraca się w ironii i konsumpcji. Sprzedaje duszę diabłu — o ile sam diabłem nie jest. Jako autor i aktor nie mam w tej kwestii pewności.

Jest również podobny do Singerowskiego i Szurmiejowskiego Jaszy Mazura. Chce dorównać Stwórcy, choć sam nie wie, czy w Niego wierzy. I tak jak Jasza ciągnie za sobą Magdę, tak Książę przywiązał do siebie Lunę.

Luna, traktowana jak przedmiot, dzięki sile ducha, wierności i wytrwałości stopniowo przeobraża świat Księcia — a wraz z nim jego samego.

Choć razem z grającą Lunę Adrianną Kieś założyliśmy, że opowiadamy bajkę, nie kończy się ona słodkim finałem. Nie wiemy, dokąd pójdzie Książę, schodząc w ciemność horyzontu. Nie wiemy, czy Luna go nawróciła.

Wiemy jedynie, że naruszyła i skruszyła jego kamienną strukturę.

Delikatne, nieśmiałe znaki nadprzyrodzoności, objawiające się drobną magią obydwu postaci, są ukłonem w stronę Jana Szurmieja, z którym obojgu nam było dane spotkać się w pracy.

Miałem radość być jednym z kilku Jaszów Mazurów, których Jan Szurmiej stworzył na scenach w Polsce. Zawsze szukał w tych postaciach samego siebie, a jednocześnie przekazywał nam niezwykle wiele.

Adrianna jest natomiast ostatnią Chawą ukształtowaną jego ręką w „Skrzypku na dachu” w Teatrze Żydowskim. Innej, kolejnej Chawy Jan już nam nie da.

Jacek Chrobak dopełnił całości muzyką, którą skomponował dokładnie tak, jak mu o niej opowiedziałem. To rzadkość i ogromna wartość.

Kostiumy zaaranżowaliśmy sami. W ten sposób powstał nowy, niewielki mikroświat, którego miało nie być. Teraz oddajemy go w Państwa ręce.

Mamy nadzieję, że pokochają go Państwo tak, jak my go kochamy.

Opinie widzów

Świetny spektakl. Niezwykła gra młodej aktorki — głos, ruch, obecność sceniczna. Partner oczywiście również znakomity. Warto było być.

Poetycki wieczór zakończył się spektaklem „Książę i Luna” z oszałamiającą grą Adrianny Kieś i Przemysława Tejkowskiego. To był piękny wieczór.

Jestem pod wrażeniem spektaklu „Książę i Luna”. Wspaniali artyści z Rzeszowa. Wreszcie prawdziwa sztuka — bez taniej prowokacji i dosłowności.

Genialne teksty Herberta, zinterpretowane w nietuzinkowy sposób przez fenomenalnego Przemysława Tejkowskiego i niezwykłą Adriannę Kieś, wbiły publiczność w fotele i wywołały komentarze w stylu: „ci, których nie było — niech żałują”.

Grzegorz Kempiński

Zdjęcia